/Rok jak z bajki

Rok jak z bajki

Przez półtora roku strzelił 49 goli w warszawskiej Klasie A. Michał Chmielewski jest bez wątpienia największą gwiazdą seniorskiej drużyny ŁKS Łochów. Ponadto opowiada o funkcjonowaniu kobiecej drużyny i przepisie na zdobywanie bramek.

 

 

To był najlepszy rok w twojej karierze piłkarskiej?

Kariera to zbyt duże słowo, raczej przygoda – mówi z uśmiechem król strzelców warszawskiej Klasy A, Michał Chmielewski. – Myślę, że rok 2017 był zdecydowanie najlepszy w moim wykonaniu. Doskonale czułem się na boisku, wziąłem na siebie odpowiedzialność za wyniki i grę zespołu.

 

Czyli poczułeś się liderem?

Po części tak. Kiedy drużyna mnie potrzebowała, potrafiłem czasami rozstrzygać losy meczów na naszą stronę.

 

Skąd to się wzięło? Zaufanie trenera?

Na pewno ma to olbrzymi wpływ na moją postawę. Do tego dochodzi zaufanie kolegów. Nie jestem już jednym z najmłodszych zawodników w drużynie. Lata lecą. Jestem w klubie od kilkunastu lat bez nawet miesięcznej przerwy, cały czas jestem przy zespole. Niektórzy odchodzą, inni wracają, kadra cały czas się zmienia. Grałem w lidze okręgowej, byłem kiedy spadaliśmy do Klasy A i jestem teraz, kiedy znowu zaczynamy walczyć o powrót do LO.

 

Na boisku cofnął cię trener Paweł Wróbel, ponieważ wychodził z założenia, że drużynę buduje się od tyłu. Masz do niego żal?

Wtedy sytuacja tego po prostu wymagała. Trener wiedział, że lepiej czuję się w ataku, ale stawiał na najpewniejszych z tyłu i musiałem tam grać. Żalu do nikogo nie mam. Musiałem się dostosować, zaakceptowałem to.

 

Czasami wystawiał cię w ataku, ale szybko się paliłeś i wracałeś do tyłu. Za bardzo chciałeś?

Były takie mecze, ale kiedy rozgrywasz dziesięć spotkań w obronie i na jedno wskakujesz do ataku, to jest zbyt duży przeskok. Potrzebowałbym przynajmniej trzech-czterech meczów, aby się dostosować. Zmienia się perspektywa, rola, ustawienie. Głowa czasami też za bardzo chciała i robiłem się trochę elektryczny.

 

Okienko transferowe niedługo się zamyka. Nie myślałeś, aby coś zmienić?

Miałem kilka propozycji. Z niektórych musiałem zrezygnować, nad kilkoma jeszcze się zastanawiam, ale wszystko wskazuje na to, że na kolejne pół roku zostanę w ŁKS. Mam tu jeszcze coś do udowodnienia. Nie zaliczę już większego przeskoku niż do czwartej ligi. W tym momencie jest to maksimum chyba dla mnie. Mam już swoje lata. Chcę pomóc w awansie ŁKS do okręgówki.

 

Trener długo cię przekonywał, abyś został w Łochowie?

Trochę na ten temat rozmawialiśmy. Trener z jednej strony chciałby, abym spróbował wyższej piłki, ale z drugiej zdaje sobie sprawę, że osłabi zespół. Nie chciałbym przeskoczyć o jeden czy dwa poziomy i bić się o utrzymanie.

 

A twoje zawodniczki nie namawiały do pozostania w klubie?

Wiedziały, że jakieś oferty otrzymałem. Były informowane na bieżąco. Nie chciałem, aby dowiedziały się z „miasta” albo po fakcie. Na razie okienko transferowe jest otwarte i jeszcze wszystko może się zmienić. Na razie trenuję z ŁKS. Byłem na kilku treningach i sparingach w innych klubach, ale nie były to propozycje, które powaliłyby mnie na kolana. Dojazdy na przykład do Warszawy wymagają czasu, a ja też na co dzień normalnie pracuję, więc trudno byłoby to pogodzić.

 

Zamknijmy wątek trenerów, którzy z tobą pracowali. Który odcisnął największe piętno na tobie?

Od każdego można było się czegoś nauczyć. Trener Łukasz Damętko był pierwszym, z którym pracowałem i bardzo dużo mu zawdzięczam. To przy nim stawiałem pierwsze kroki. U trenera Roberta Bali wchodziłem do seniorskiego futbolu jako szesnastolatek. Przeskok z piłki juniorskiej do dorosłej jest bardzo duży, ale przeszedłem bez szwanku. Wtedy walczyliśmy o awans do IV ligi z Koroną Ostrołęka. Był moment, że można było zrobić coś dużego jak na nasze warunki. Nie udało się. Teraz mamy lata trochę gorsze, ale szkolenie młodzieży jest u nas na dobrym poziomie i wszystko wróci do normy. Obecny trener Sławomir Damętko przywrócił mi pozycję na boisku, nabrałem pewności siebie i jestem silny psychicznie. To, gdzie teraz jestem piłkarsko to jego duża zasługa. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.

 

Weekend bez strzelonego gola jest stracony?

Bez przesady. Od dziecka uwielbiałem grać w ataku. Później moja rola się zmieniała z różnych powodów, byłem cofany. Najpierw na skrzydło, później na bok obrony. Przez kilka lat nie miałem sytuacji pod bramką rywala. Teraz cieszę się, że wróciłem na swoje miejsce na boisku. Nie jest jednak tak, że kiedy dostaję piłkę to od razu chcę strzelać na bramkę przeciwnika. Potrafię się cieszyć z goli kolegów. Przecież to oni mi wypracowują większość sytuacji.

 

Po sezonie 2016-17 otrzymałeś z rąk trenera złotego buta. Co prawda wyglądał bardzo prowizorycznie, ale zawsze nagroda to nagroda. Zajmuje szczególne miejsce na półce?

Pewnie, że tak! Rzadko zdarza się, aby zawodnik w ciągu sezonu strzelił ponad 30 goli. Mi się to udało i jestem bardzo szczęśliwy. Ten wynik nie jest tylko moją zasługą. Ktoś mi musiał podać. Chłopaki nawet śmiali się, że piłka się ode mnie odbijała i wpadała do bramki. To był dla mnie rok jak z bajki. Poprzeczkę zawiesiłem sobie wysoko. Rok temu po rundzie jesiennej miałem 16 bramek, teraz mam o jedną więcej.

 

Twoje statystyki robią wrażenie nie tylko na lokalnej społeczności, ale również na trenerach innych drużyn. Często dostajesz tzw. plastra na mecz.

Na pewno pierwszy rok w nowej lidze był łatwiejszy. Teraz wszyscy mnie znają, wiedzą na co mnie stać. Wielokrotnie schodzę z boiska z siniakami, rywale podwajają krycie. Trudno, jakoś trzeba sobie z tym radzić.

 

Na ulicach Łochowa jesteś rozpoznawalny?

Spokojnie, gram na siódmym poziomie rozgrywkowym w Polsce, więc do rozdawania autografów droga daleka. W Łochowie mieszkam od urodzenia i dlatego ludzie mnie znają. Wątpię, aby gole jakoś zwiększyły moją popularność.

 

A fakt, że prowadzisz drużynę kobiet też nie odbił się szerokim echem w lokalnej społeczności?

Chyba nie. Szczerze mówiąc, nie wiem.

 

Trzy lata temu ruszyłeś z projektem drużyny kobiecej. Jak narodził się pomysł?

To one same przyszły do trenera Wróbla i powiedziały, że chcą grać w piłkę. Gdybyś kilka lat temu powiedział mi, że będę pracował przy piłce kobiecej to popukałbym się w czoło. Od lat chciałem być trenerem, ale nigdy nie myślałem, że akurat z dziewczynami. Moje podejście zmieniło się trzy lata temu. Kiedy dostałem propozycję to trochę się nad tym zastanawiałem, ale ostatecznie razem z Damianem Wiśniewskim wzięliśmy ten projekt. Po jakimś czasie on zrezygnował i zostałem sam. Po półtora roku treningów przystąpiliśmy do ligi i walczymy o swoje.

 

Śledzisz na co dzień rozgrywki piłki kobiecej w Polsce?

Staram się być na bieżąco. Czasami oglądam mecze ligowe, na reprezentacji byłem na kilku spotkaniach. Piłka nożna kobiet w naszym kraju jest coraz bardziej popularna. Dostępność do dziewczyn też jest zdecydowanie łatwiejsza niż do mężczyzn. Po meczach zawsze podejdą, porozmawiają, zrobią wspólne zdjęcia, rozdadzą autografy. To duże przeżycie dla moich zawodniczek. Kiedy taka Ewa Pajor znajdzie kilka minut, aby porozmawiać po spotkaniu to wiadomo, że takie chwile na długo zostają w głowie.

 

Jak wyglądają twoje relacje z zawodniczkami?

Na pewno bardzo się z nimi zżyłem i trudno byłoby mi się rozstać. Nie wyobrażam sobie, aby trenować kogoś innego. Trzy lata to ogrom czasu – mnóstwo godzin treningowych, meczowych, integracyjnych. Jeśli szefowie klubu podjęliby taką decyzję, to trzeba byłoby zaakceptować i tyle.

 

Miałeś moment zwątpienia, aby je zostawić?

W pierwszym sezonie zdobyliśmy cztery punkty, więc było naprawdę bardzo ciężko. Były momenty zwątpienia, ale bardzo krótkie. Po takich chwilach byłem podwójnie naładowany do pracy. Starałem się tę motywację przenieść na drużynę. Praca z dziewczynami wygląda zupełnie inaczej niż z chłopakami. Są bardziej emocjonalne, gorzej znoszą porażki, bardziej cieszą się ze zwycięstw. Skoro zakochały się w futbolu, to trzeba je utrzymać.

 

Nie masz czasami wrażenia, że przychodzą sobie na trening poplotkować?

Absolutnie nie. Mamy momenty w treningu, kiedy jest luźniej i mogą sobie pogadać, ale jak nadchodzi czas na pracę, to biorą się do roboty. Trudno czasami utrzymać najwyższy poziom koncentracji, ale ten problem dotyczy zarówno chłopców jak i dziewczyn.

 

Wspomniałeś wcześniej, że czujesz się silny psychicznie. Co w twoim życiu najbardziej cię wzmocniło?

Sportowo czuję się silny, prywatnie to różnie bywa. Życie piłkarskie od codziennego trzeba rozgraniczyć. Kiedy przychodzę na trening, gierkę, mecz, zawsze zapominam o reszcie spraw. To jest przyjemność i zabawa. Futbol ma dawać satysfakcję i kształtować charakter. Piłka uczy pokory i walki z samym sobą. Po każdej porażce trzeba się podnieść. Z dziewczynami zdobyliśmy cztery punkty przez rok. W seniorach był moment, kiedy przez ponad 320 dni nie wygraliśmy meczu. Takie sytuacje kształtują osobowość.

 

A prywatnie? Bardzo szybko musiałeś się usamodzielnić po śmierci mamy.

Na początku było bardzo trudno. Miałem wtedy 12 lat. Musiałem szybko dojrzeć. Piłka była dla mnie doskonałą odskocznią, najpierw od szkoły, a teraz od pracy. Zdarzyło mi się popełnić kilka błędów, zrobić coś głupiego, ale ze wszystkiego staram się wyciągać wnioski i nie popełniać tych samych głupot.

 

Ktoś mądry kiedyś powiedział, że liczba porażek czy upadków nie może być wyższa od liczby powstań.

Podpisuję się pod tym rękami i nogami. Nikt nie chcę upadać więcej razy niż wstawać. To, co wydarzyło się, kiedy byłem dzieckiem, miało olbrzymi wpływ na moje wychowanie. Duża w tym zasługa taty, całej rodziny i moich znajomych. Mogłem iść w inną stronę, a poszedłem w kierunku sportu. Za to jestem im wdzięczny.

 

Rozmawiał Paweł Gołaszewski