21 - 03 - 2017

Adam Dobosz: Chcę odpocząć

Reklama

Piłkarz, który przebył drogę od Wichru Sadowne do meczu z Lechem Poznań, by powrócić do IV ligi. O przebytym trudzie w walce o piłkarskie marzenia porozmawialiśmy z Adamem Doboszem.

 

Adam Sołowiński: Nie pozostaje mi chyba nic innego niż ponownie powitać Cię w czwartej lidze…

Adam Dobosz: Zgadza się. Po kilku sezonach spędzonych w rozjazdach postanowiłem trochę odpocząć i wrócić w rodzinne okolice.

Skąd ten zjazd? Przed chwilą byłeś w Piaście II Gliwice, miałeś szanse na występy w Ekstraklasie, a tu nagle IV liga.

Wszystko wyglądało bardzo obiecująco. Rezerwy Piasta z szansą na grę w Ekstraklasie – brzmi fajnie. Niestety, w rzeczywistości było zupełnie inaczej. W rezerwach każdy ciężko pracował i chciał pokazać się skautom „jedynki”. Momentami trenowaliśmy ciężej niż pierwszy zespół, każdy marzył o zaproszeniu na trening od trenera Latala. Niestety, Piast jak na złość walczył do ostatniej kolejki o mistrzostwo z Legią, a to automatycznie blokowało nam drogę do Ekstraklasy. Stawka była zbyt wysoka i nie było czasu ogrywać chłopaków z rezerw.

Cofnijmy się trochę w czasie. Swój pierwszy kontakt z piłką zaliczyłeś w wieku 17 lat w Liwii Łochów nie grając wcześniej w juniorach.

Dokładnie tak. Nie miałem możliwości trenować w wieku juniorskim. Chciałem iść do gimnazjum, do szkoły sportowej, ale w domu nie było na to funduszy.

Na pewno trudno pogodzić się młodemu chłopakowi z taką sytuacją. Jak wspominasz ten czas?

To było ciężkie doświadczenie. Jedynym miejscem gdzie mogłem rywalizować z innymi były zawody szkolne, które były dla mnie świętem. W noc przed każdymi rozgrywkami zawsze miałem problem z zaśnięciem, bo nie mogłem się ich doczekać. Było trudno, choć tak naprawdę jeszcze wtedy nie byłem świadomy tego ile tracę. Dopiero teraz, gdy miałem styczność z zawodnikami, którzy trenują od siódmego roku życia, widzę, ile mogłem zyskać dzięki treningom z trenerem. Zamiast tego, ja grałem na łąkach ze znajomymi z okolicy. Wtedy do głowy mi nie przyszło, że mógłbym grać w jakimś klubie.

Masz żal o to? Poczucie niesprawiedliwości?

Na pewno ciężko się z tym pogodzić. Tym bardziej, że od kilku lat ciężko pracuję, żeby nadrobić te zaległości i w zasadzie wszystko w moim życiu kręci się wokół piłki. Często słyszę: „gdybyś trenował od małego to już dawno grałbyś w Ekstraklasie”. Niestety, nie wszystko zależało ode mnie.

Zanim trafiłeś do Czarnych, spędziłeś jeszcze rok w Wichrze Sadowne i dwa sezony w ŁKS Łochów. Z perspektywy czasu jak patrzysz na tamten czas? Śmiejesz się czy raczej patrzysz na to z wdzięcznością?

Zarazem się śmieję i patrzę z wdzięcznością. Śmieje się z tego, jaki byłem głupi w tamtych latach. Podczas gry w B-klasowym Wichrze brałem udział w programie „Cel Reprezentacja”. Doszedłem do finału tego talent show, który miał odbyć się w obecności trenerów kadr młodzieżowych. Nie byłbym sobą, gdybym na tydzień przed finałem nie postąpił bezmyślnie – zagrałem mecz ligowy i doznałem kontuzji. Chodziłem o kulach praktycznie do dnia finału. Kiedy dojechałem na miejsce, wziąłem leki przeciwbólowe i tak zamierzałem grać w najważniejszym turnieju życia. Leki pomogły tylko na czas pierwszego meczu. Resztę spotkań grałem praktycznie na jednej nodze. Dodam tylko, że po pierwszym meczu zwróciłem na siebie uwagę trenerów, w tym szkoleniowca pierwszej reprezentacji – Franciszka Smudy. Ostatecznie wygrał Patryk Lipski, który teraz jest liderem Ruchu Chorzów. Wracając, jestem wdzięczny za czas spędzony w Łochowie. To tam trener Paweł Wróbel pokazał mi jak ważny jest charakter i ciężka praca na treningach.

Opowiesz coś więcej o tym talent show?

Miałem wtedy jakieś 16-17 lat. Był to projekt sponsorowany przez firmę Nike. Składał się z trzech etapów. Na pierwszym trzeba było wykonywać różne ćwiczenia techniczne, które oceniali trenerzy i przyznawali punkty za poprawność w ich wykonywaniu. Na drugim etapie mieliśmy trening i grę już pod okiem konkretnych trenerów, w tym Dariusza Dziekanowskiego. Trzecim, a zarazem ostatnim etapem był finał. Zostaliśmy podzieleni na drużyny pod kątem zamieszkiwanych województw i graliśmy dwudniowy turniej. Nagrodą dla wygranego było powołanie do reprezentacji młodzieżowej w swoim roczniku. Finałowi przyglądali się Franciszek Smuda, Robert Lewandowski i Jakub Błaszczykowski.

Kontuzja uniemożliwiła Ci ukazanie pełni swoich umiejętności. A stres? Jak się czułeś grając z myślą, że mecz obserwuje trener seniorskiej reprezentacji i najlepsi piłkarze w kraju?

Miałem mocno zbite śródstopie i ciężko było się dobrze pokazać na tle innych. Stres był przed meczami, ale jak to zazwyczaj bywa wraz z pierwszym gwizdkiem zapominasz o wszystkim i cieszysz się grą.

Mówiłeś, że ściągnąłeś na siebie uwagę trenerów. Co od nich usłyszałeś?

Po pierwszym spotkaniu, gdy schodziłem z boiska, trener Smuda stojąc z innymi trenerami zawołał mnie, zapytał skąd jestem i ile mam lat. Słysząc odpowiedź powiedział do któregoś z trenerów młodzieżowej reprezentacji: „bierz go do siebie”.

Po Łochowie przyszedł czas na Węgrów. Dwa sezony, po których zaczęła się piłka na poważnie.

Przeszedłem do Czarnych, po awansie do IV ligi. Bardzo fajnie wprowadził mnie do zespołu trener Parzonka, który od razu postawił na mnie, a ja odpłacałem się ciężką pracą na treningach i meczach. W Węgrowie, gdy miałem już 20 lat miałem pierwszy raz do czynienia  z elementami taktyki. Mieliśmy fajny zespół, większość z nas wtedy nigdy nie grała w IV lidze, dzięki czemu była ostra rywalizacja o miejsce w składzie. Pierwszy sezon był bardzo udany dla nas jako drużyny i dla mnie osobiście. Zajęliśmy miejsce w górnej części tabeli, a ja zdobyłem 10 bramek. Następnie przyszedł sezon, w którym nie było już tak kolorowo, po siedmiu kolejkach mieliśmy zero punktów i musieliśmy bić się o utrzymanie, którego ostatecznie nie udało się wywalczyć. W trakcie tego sezonu wziąłem udział w projekcie „Piłkarski Diament”.

Zanim przejdziemy do tematu Piłkarskiego Diamentu chciałbym zapytać, czy Węgrów traktujesz tylko w kontekście wspomnień? Wiem, że latem byłeś bliski powrotu do Czarnych.

Zawsze powtarzam, że w Czarnych jest mój drugi dom i tam czuje się najlepiej. Mam kontakt z drużyną, a nawet wybieram się na bal karnawałowy organizowany przez Czarnych Węgrów (rozmowa przeprowadzona przed balem – przyp. red.). Co do powrotu, były rozmowy, ale postanowiłem spróbować w KS Ostrovii Ostrów Mazowiecka, ponieważ od kilku lat regularnie dzwonił do mnie trener Paweł Kowalczyk i bardzo mi tym zaimponował. Wiem, że w Czarnych zawsze przyjmą mnie z otwartymi rękoma.

Czym Ci konkretnie zaimponował? Tym, że przez tak długi czas zabiegał o Ciebie?

Tak. Dzwonił po każdej rundzie i pytał co ze mną. Powtarzał, że jeśli będę chciał wracać w rodzinne strony to mam o nim pamiętać.

Wygląda na to, że kupił Cię tą troskliwością…

Miał jeszcze jeden bardzo mocny argument.

Jaki?

Moja dziewczyna mieszka w Ostrowi (śmiech).

Serce nie sługa. Wróćmy do piłki. Piłkarski Diament – trampolina Adama Dobosza?

Wszystko co dobre w moim piłkarskim życiu zawdzięczam temu projektowi, a dokładniej osobom, które go tworzyły.

Konkretnie kto i w jaki sposób pomagał Ci po programie?

Twórcami byli Paweł Ziętara i Piotr Laboga. Obaj bardzo mi pomagali, a szczególnie dbał o mnie pan Ziętara. Nie było dnia, w którym byśmy nie rozmawiali. Bardzo we mnie wierzył, czasami chyba bardziej niż ja. Ciężko uwierzyć w to, że człowiek wysoko postawiony, biznesmen, który obraca się w towarzystwie polskich gwiazd, poświęca tyle czasu na jakiegoś Dobosza z Sadownego, ale tak właśnie było. Dzięki swoim kontaktom obaj panowie mogli bez problemu wysłać mnie do wielu klubów na co dzień występujących w pierwszej lidze, a nawet Ekstraklasie. Dostawałem od nich suplementy i sprzęt do treningu, wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie.

Rozumiem, że wszystko miałeś zapewnione na koszt pana Ziętary?

Tak. Był nawet taki czas w Siedlcach, kiedy nie dostałem kontraktu, czyli byłem amatorem i nie zarabiałem nawet złotówki. Wtedy pan Paweł płacił za moje mieszkanie i życie. Starał się robić wszystko, żebym ja mógł skupić się tylko na piłce. To był bardzo ciężki okres w moim życiu.

Zobacz jak los się odwrócił. Przed chwilą mówiłeś o tym, że nie miałeś możliwości na naukę w szkole sportowej ze względu na finanse.

To prawda. Momentami nie wierzyłem w to, jakie mam szczęście, że poznałem takich ludzi.

Wspomniałeś o Siedlcach. Pogoń to klub, do którego trafiłeś po Piłkarskim Diamencie, choć na testach byłeś w kilku innych, mówiąc szczerze, ciekawszych miejscach.

Byłem w Termalice Bruk-Bet Nieciecza, Olimpii Grudziądz i Bytovii Bytów. Pan Paweł rzucał mnie na głęboka wodę. Tak naprawdę ja sam nie byłem przekonany do tego, ale robiłem wszystko co mi kazał. Śmieszne było to, że w IV lidze grałem na boku pomocy, a jadąc na testy do klubów z pierwszej ligi byłem testowany na lewej obronie, na której grałem raz w życiu. W każdym klubie mówili to samo: brakuje mi ogarnia i powinienem spróbować w drugiej lidze.

Za każdym razem Ci to mówiono? Nikt nie chciał, żebyś to właśnie u nich spróbował?

Wszyscy niby chwalili, ale koniec końców – nie decydowali się na mnie. Najbliżej byłem Olimpii Grudziądz, w której początkowo nie chcieli skorzystać z moich usług, jednak po kilku tygodniach dostałem telefon z propozycją kontraktu, ale ja wtedy byłem pewny że podpiszę kontrakt ze Zniczem Pruszków.

 Wcześniej jednak trafiłeś do Pogoni i grałeś w drugiej drużynie gdzie zaliczyłeś tylko sześć występów na poziomie III ligi.

To była dziwna historia. Trener mnie chciał, a zarząd nie. Dlatego nie dostałem umowy i trenowałem z rezerwami. Czułem się niechciany i chyba tak było naprawdę. Był nawet problem ze zgłoszeniem mnie do rozgrywek III ligi. Czekałem na to chyba cztery kolejki. Sytuacja była trudna, byłem rozbity psychicznie, co miało duży wpływ na moją postawę na boisku. Dodam, że za moje zgłoszenie do rozgrywek z własnej kieszeni zapłacił pan Paweł Ziętara.

Po rundzie trafiłeś o jedną klasę rozgrywkową wyżej, a konkretnie do Znicza Pruszków. Po 6 meczach w Siedlcach raczej nie mogłeś ściągnąć na siebie uwagi skautów z Pruszkowa. Znowu pan Ziętara?

Wtedy po prostu pan Laboga zadzwonił na do klubu, odebrał trener Banasik, który zgodził się na moje testy.

Udało się. W Zniczu miałeś okazję zaprezentować swoje umiejętności.

Moi menedżerowie wpadli wtedy na pomysł, żeby zrobić ze mnie defensywnego pomocnika. Pojechałem testować się do  drugoligowego Znicza, na pozycji, na której nigdy nie grałem. Pan Laboga sporo wie na temat taktyki, dał mi kilka podstawowych rad, a pan Paweł kazał mi grać w gry, które poprawią moje myślenie i refleks. Musiałem codziennie rano i wieczorem grać i wysyłać wyniki. Efekt? Podpisałem w końcu profesjonalny kontrakt.

Żartujesz? Jakie gry?

To były gry na telefon. Miały za zadanie uczyć mnie refleksu i wyprzedzania tego, co się wydarzy, a także szybkiego szukania rozwiązań. Nie wspomnę o wyrywkowym liczeniu w myślach do pięciuset.

Niezła historia. Będąc lewym pomocnikiem poszedłeś do programu gdzie poszukiwano napastnika, później zrobiono z Ciebie lewego obrońcę, by grając w gry na smartfonie stać się defensywnym pomocnikiem.

To skomplikowane, ale to wszystko naprawdę miało sens i dzięki temu czułem się lepszym zawodnikiem.

Największe przeżycie w Zniczu to mecz w Pucharze Polski z Lechem Poznań?

Muszę przyznać, że nawet nie śmiałem o tym marzyć. W lidze wchodziłem z ławki rezerwowych, ale dobrze się prezentowałem. Trener Banasik postanowił dać mi szansę zagrania od pierwszej minuty w meczu w Poznaniu z Lechem. Myślę, że wielu chciałoby znaleźć się na moim miejscu. To było dla mnie wielkie wydarzenie, które zapamiętam do końca życia.

Chwilę później przyszedł czas na Piast Gliwice, który znajdował się na czele tabeli Ekstraklasy. Od razu powiedziano Ci, że Twoje miejsce jest w rezerwach czy dawano szanse na pierwszy zespół?

Umowa dotyczyła rezerw, ale wiadomo jaki był cel. Miałem pokazać się z dobrej strony i szybko awansować do pierwszego zespołu.

Dużo zabrakło?

I tu kolejna niespodzianka. W Piaście byłem wystawiany na… środku obrony. Kolejny raz uczyłem się obcej mi pozycji, a przecież nie po to tam byłem. Straciłem tylko czas. Każdy w drugiej drużynie wiedział wtedy, że nie ma szans na debiut w Ekstraklasie, ponieważ Piast walczył z Legią o tytuł mistrza Polski.

Ostatecznie wróciłeś do Ostrovii, na piąty poziom rozgrywkowy. Czy to oznacza koniec marzeń o wielkiej piłce dla Adama Dobosza, a także współpracy z menedżerami?

Powrót wiąże się z wieloma czynnikami. Po sezonie nabawiłem się urazu i nie mogłem odpowiednio przygotować się do gry na wyższym poziomie. Miałem braki w przygotowaniu fizycznym. Chciałem też zwolnić tempo, spokojnie rozegrać sezon blisko rodziny i znajomych.

Czyli szanse są?

 Ja jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Moje treningi wyglądają profesjonalnie i dalej priorytetem jest dla mnie piłka nożna, dlatego jeśli zdrowie pozwoli, to będę chciał powalczyć o coś więcej.

Adam Sołowiński

WARTO ZOBACZYĆ

230 zawodników z 30 klubów z całego kraju przyjechało w sobotę, 11 listopada do Węgrowa aby wziąć udział w Turnieju o Puchar Polski w Kick-Boxingu. To wyjątkowe wydarzenie sportowe, które po [...]

Węgrowski motocyklista, który walczył o Puchar Polsko w Cross Country musiał przedwcześnie skończyć sezon, wszystko za sprawą wypadku, który odniósł na motocyklu, który należał do słynnego [...]

16 sierpnia w godzinach 10:00- 12:00 w Węgrowie nad Zalewem odbędą się pokazy ratownictwa wodnego i sprzętu pożarniczego, ćwiczenia z udzielania pierwszej pomocy oraz prelekcja na temat zasad [...]

17 czerwca klub tenisowy KT Arka Gdynia zorganizował grupowy turniej w kategorii czerwonej do 8 lat i w kategorii pomarańczowej do 9 lat. Z Węgrowskiego Stowarzyszenia Tenisowego w turnieju [...]

Wielkimi krokami zbliżają się wakacje, a wraz z nimi – rozpoczęcie letniego sezonu w Przystani nad Zalewem. W tym roku, oprócz standardowych atrakcji takich jak bar, plaża i klasyczny sprzęt [...]