11 - 04 - 2018

Andrzej Suchenek: Poczułem się jak marionetka

Reklama 

O sensacyjnej rezygnacji, poczuciu osamotnienia, samorządowych planach na przyszłość opowiedział Andrzej Suchenek, wieloletni, a zarazem były radny Gminy Łochów.

 

 

W ostatnim czasie Pana rezygnacja z pełnienia funkcji przewodniczącego oraz rezygnacja z mandatu radnego to jedna z głośniejszych spraw samorządowych. Co było powodem podjęcia decyzji o tak dużej wadze?
Decyzja wynika z sytuacji, która zaistniała podczas sesji. Usłyszałem nieoficjalną drogą, że będzie próba zmiany porządku obrad, ale przez myśl mi nie przeszło, że to się może w ten sposób skończyć. Są takie sytuacje w moim życiu, zdarzają się sporadycznie, że jak się dzieje coś, czego ja nie potrafię pojąć, zrozumieć i wydaje mi się to niemożliwe, to ja dochodzę do wniosku, że nie chcę w tym uczestniczyć. Tak było także tym razem.

 

Radni mieli podjąć stanowisko, w którym stwierdziliby, że zamiast wiaduktu wolą tunel. Zamiast to zrobić, postanowili zdjąć ten punkt z porządku obrad. To było dla Pana nie do przyjęcia?
Dla mnie oczywistym było to, że rada powinna przyjąć stanowisko. To, że nie chciała na ten temat nawet dyskutować było dla mnie niepojętą sytuacją. Według mnie rada powinna przyjąć to stanowisko z dwóch powodów. Po pierwsze w oficjalnych wypowiedziach inwestora mówi się o tym, że to radni chcieli wiaduktu. To nieprawda. Nie słyszałem, żeby jakikolwiek radny powiedział, że według niego wiadukt jest tu najlepszym rozwiązaniem. Drugim powodem są mieszkańcy. Ci, których ta inwestycja dotknie w sposób bezpośredni, bo pewnie zdecydowanej części mieszkańców gminy Łochów jest wszystko jedno co tu będzie, oby dało się przejechać. Chodzi o tych kilka rodzin, którym przed oknami wybudują kilkumetrową ścianę z betonu, którzy zainwestowali swoje pieniądze w wybudowanie fajnych domów, urządzenie podwórka czy prowadzenie biznesu. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas, kto znalazłby się w tej sytuacji zachowywałby się inaczej. Oni walczą o lata życia, które są przed nimi. Dlaczego ich nie zrozumieć? Dlaczego nie zająć stanowiska w kwestii tego, jak ma być wydane blisko 30mln złotych? Dlaczego tak mało nam zależy na tym, jak będzie wyglądało nasze centrum miasta? To, że rada postanowiła odsunąć ten temat od siebie i się nim nie zajmować było dla mnie nie do przyjęcia.

 

Na zakończenie obrad ogłosił Pan swoją rezygnację. Te słowa wprawiły w osłupienie wiele osób. Rozumiem, że pomimo ogromnych emocji była to przemyślana decyzja?
W mojej głowie podczas sesji działo się bardzo dużo. W między czasie pan burmistrz składał informację ze swojej pracy, podobnie jak i pan starosta. Ja w między czasie do kilku bliskich mi osób wysłałem wiadomość, informując o tym co się wydarzyło i mówiąc, że nie widzę sensu swojego dalszego funkcjonowania w takim układzie. Bo po co ja mam tu być? Żeby ładnie sesję prowadzić? Poczułem się osamotniony. W czasie przerwy porozmawiałem z moją zastępczynią ze szkoły, bardzo mądrą kobietą, z której zdaniem się liczę. Powiedziałem jaka jest sytuacja i powiedziałem o swoim zamiarze. Z nikim innym o tym nie rozmawiałem.Mam świadomość tego, że pewnie byłem odrobinę pod wpływem emocji, ale wie Pan co? Zrobiłbym to jeszcze raz, gdyby taka sytuacja miała miejsce. Co najwyżej, gdyby człowiek był w stanie przewidywać jakieś fakty, być może jakimiś działaniami sprowokowałbym do dyskusji, porozmawiałbym z grupą radnych, z którą się utożsamiam, bo niestety teraz w samorządzie mamy tak samo jak na górze – rządzących i opozycję. My się też tutaj niestety skutecznie podzieliliśmy. Być może spróbowałbym mocniej wyartykułować swoje argumenty. Jeżeli istnieje odrobina szansy na to, żeby to rozwiązanie przejścia nad torami zmienić, to uważam, że powinniśmy zrobić wszystko co możliwe, nawet jeśli jest o tylko i wyłącznie cień szansy.

 

Mówił Pan, że to była sytuacja dla Pana nie do zrozumienia, jedna z niewielu w życiu. Czy z perspektywy kilku dni udało się Panu zrozumieć co się stało, że radni z Pana komitetu osamotnili Pana w tak istotnej dla Pana kwestii?
Każdy człowiek, a radny szczególnie ma prawo do posiadania własnego zdania. Ja nie jestem człowiekiem, który wprowadzał dyscyplinę czy mówił, jak radni mają głosować. Sam nie chciałbym, żeby ktoś mi takie polecenia wydawał. Sytuacja była taka, że dla mnie przyjęcie takiego stanowiska było rzeczą oczywistą, a dla niektórych radnych była to sprawa tak nieistotna, że zgłosili wniosek, aby zdjąć to z porządku obrad, z kolei grupa radnych związana z moim komitetem postanowiła się wstrzymać. Trochę poczułem się marionetką w tej grupie, z którą ja się utożsamiam. Pomijam fakt, że jako przewodniczący rady popełniłem błąd. Tłumaczę się trochę emocjami, a błąd polegał na tym, że ten punkt nie powinien być zdjęty z porządku obrad, bo żeby zmienić porządek obrad potrzeba większości ustawowego składu rady, czyli ośmiu głosów. Za zdjęciem było pięć. Uświadomiłem sobie to dopiero po świętach, bo gdzieś ta sytuacja ciągle była w mojej głowie. Ja statut staram się raz na pół roku czytać, żeby sobie pewne rzeczy odświeżyć, a tutaj dostałem zaćmienia. Ten punkt powinien być debatowany, prawdopodobnie to stanowisko nie zostałoby przyjęte przy tym rozkładzie głosów, ale przynajmniej byłaby dyskusja.

 

Poczuł się Pan zdradzony?
Nie traktuję tego w kategoriach, że zostałem zdradzony. Zostałem sam z dwójką innych radnych.

 

Ale to chyba mimo wszystko boli.
Oczywiście, że boli, rozmawialiśmy już o tym, spotkałem się z koleżankami i kolegami radnymi

 

Były naciski z ich strony, że zmienił Pan swoje zdanie?
Jeżeli człowiek coś publicznie mówi, i nie jest to tylko kwestia emocji, i jest przekonany do tego, że tak nie powinno być, to tylko dlatego, żeby sesje ładnie wyglądały i żeby był w miarę spokój w radzie, bo pewnie mam umiejętność łagodzenia pewnych klimatów, to nie ma potrzeby, żebym zdanie zmieniał. Z perspektywy czasu sądzę, że to co zrobiłem pozytywnie wpłynie także na tych, z którymi do tej pory współpracowałem. Spotkaliśmy się i podczas rozmowy poprosiłem, że jeśli to możliwe, to żeby na najbliższej sesji radni zajęli się jeszcze raz tą sprawą. Wygląda na to, że tak będzie, ale czy tak będzie to czas pokaże.

 

Patrząc jeszcze na sprawę tunelu, chyba musi Pan przyznać, że współpraca Łochowa z PKP to ciężki kawałek chleba.
W moim przekonaniu jest tak, że inwestor po raz kolejny nami manipuluje. Nami jako społeczeństwem łochowskim oraz samorządem. Mając kilka dni na przemyślenia przypominam sobie sytuację sprzed kilku lat dotyczącą przejazdu kolejowego na ul. Żeromskiego. Ten tunel na ul. Wyszkowskiej miał być budowany trzy lata temu, wtedy, kiedy była modernizacja torów kolejowych. Nigdy do tej pory nie mówiono o wiadukcie. Jeżeli były robione jakieś koncepcje rozwiązań, to przecież nie mogło to wyglądać w ten sposób, że ktoś usiadł przy biurku w Warszawie i wymyślił abstrakcyjnie tunel. Były prowadzone badania i wtedy postanowiono, że powstanie tego typu rozwiązanie. Nie pojmuję tego, że jedno czerwcowe spotkanie zmieniło wszystko. Spotkanie, na którym mówiono to co chciano powiedzieć, pokazano bajkową wizualizację, pokazując jakie to super rozwiązanie ten wiadukt. My daliśmy się trochę zaczarować. Uważam, że byłem manipulowany i gros tych ludzi, którzy brali udział w tych spotkaniach było manipulowanych informacją sprzedawaną przez inwestora. Nie byliśmy poważnie traktowani.

 

Tym bardziej, że wiodącymi postaciami tych spotkań były osoby odpowiedzialne za PR i marketing.
Jak nie lubię manipulacji, to temu człowiekowi dałbym medal, za to w jaki sposób potrafi grać interes swojej firmy. Niestety kosztem innych. Problem polega na tym, że Ci, których inwestycja dotknie bezpośrednio, nie byli nawet na te pierwsze spotkania zaproszeni. Zostali sami i walczyli o swoje sprawy sami. Ja też się poczuwam do winy, bo byłem radnym z tego okręgu. Jak patrzę na swoją naiwność, to mnie to kurczę przeraża, że dałem się trochę zaczarować.Dwa razy usłyszałem, że decyzja jest ostateczna i nie do zmiany, a starosta Krzysztof Fedorczyk w gabinecie Ministra Infrastruktury usłyszał, że nic nie jest jeszcze przesądzone. Raz słyszałem, że tunel jest tańszy, raz, że wiadukt. Słyszałem, że im wszystko jedno co będą budować, a to my wybraliśmy wiadukt. Ilość nieprawdziwych sformułowań wskazuje na świadomą dezinformację. A nie potrafię się zgodzić z takim traktowaniem ludzi dorosłych, którzy ciężko pracują w tym kraju i żyją tam, gdzie żyją.

 

Czy ta sytuacja ma wpływ na Pańską przyszłość samorządową? Mam wrażenie, że ciężko porzucić samorząd. To coś, na co traci się prywatny czas, często dużo zdrowia, ale mimo wszystko to wciąga. Dla Pana ta rezygnacja równa się końcem samorządowej aktywności, czy może tylko z krótką przerwą?
Niewątpliwie tak jest, że samorząd wciąga. Ja uczę w łochowskim liceum wiedzy o społeczeństwie. Z przekonaniem uczę osoby zdające ten przedmiot na maturze, że albo oni się zainteresują polityką, albo polityka zainteresuje się nimi. Nie ma możliwości świadomego przeżywania swojego życia, nie ma możliwości brania odpowiedzialności za swoje życie i życie innych ludzi, jeśli choć odrobinę w życiu społecznym, często utożsamianym z polityką się nie uczestniczy. Ja blisko 20 lat byłem radnym, dyrektorem LO w Łochowie jestem 19 lat i przez cały ten czas doświadczam, że nawet lokalni politycy – wójtowie, burmistrzowie, starości – mają wpływ na to co się u mnie w szkole dzieje. Byłbym kłamcą, gdybym powiedział, że nie obchodzi mnie to w jaki sposób politycy traktują edukację, która dla mnie jest rzeczą najważniejszą w tym państwie. Jestem utożsamiany z pewnym środowiskiem politycznym, bo jestem członkiem PSL i był czas, że startowałem z list PSL chociażby do Sejmu RP. Mam dwa wyjścia – albo zrezygnować ze szkoły, samorządu i powiedzieć: nie warto sobie chłopie tym głowy zawracać, spróbuj robić zupełnie coś innego i niektórzy mi to radzą, widząc, jak przeżywam niektóre sprawy, drudzy twierdzą wręcz przeciwnie. Decyzję podejmę sam, na dzisiaj raczej uważam, że ponieważ nie godziłem i nie godzę się na różnego rodzaju działania władzy centralnej oraz lokalnej, sądzę, że z udziału w życiu samorządowym nie zrezygnuję.

 

Mówi się, że będzie Pan ubiegał się o stanowisko burmistrza Łochowa. To prawda?
Pierwszy raz o tym, że będę kandydatem na burmistrza usłyszałem 18 lat temu, po roku bycia radnym. Miałem wtedy startować przeciwko Marianowi Dzięciołowi. Potem Marian Dzięcioł przez parę lat mówił, że chciałby, abym to ja przejął jego „pałeczkę”. Owszem, jesteśmy po rozmowach w ramach tego środowiska, z którym współpracuję. Na dzisiaj jest tak, że rozważane są trzy czy cztery osoby, które w naszym przekonaniu są w stanie tak zaprezentować program i wizję rozwoju gminy i powiatu, że miałoby to szansę skupić wokół siebie ludzi i zakończyć wybory zwycięstwem. Jestem jedną z tych osób, które są rozważane. Mi zostało do emerytury dziesięć lat. Kocham to co robię, ale wie Pan, zależy mi na tym, żeby w samorządach byli ludzie, dla których edukacja nie jest kulą u nogi, ale żeby też w edukacji nie było polityki. A niestety, w moim przekonaniu ta polityka do kształcenia weszła. Sami nauczyciele nie potrafią już ze sobą rozmawiać. Szczerze? Zaczynamy się bać, że nasze poglądy mogą być niepoprawne, że dotrze to do kogoś, jak ktoś powie coś niedobrego na starostę, burmistrza czy kogokolwiek innego. Nigdy tak nie było. Dla mnie to jest przerażające.

 

Abstrahując od ostatecznej decyzji Pana komitetu, jeśli zostałby Pan burmistrzem, to spełniłoby to Pana samorządowe ambicje czy raczej nie dąży Pan do tego za wszelką cenę?
Dla mnie bycie burmistrzem, starostą, czy nawet dyrektorem tej szkoły, sprawowanie jakiejkolwiek władzy nie jest rzeczą pierwszorzędną. Sądzę, że w swoim życiu już tyle przeżyłem i w moim odczuciu sporo udało mi się udało osiągnąć, zatem mógłbym zacząć robić w swoim życiu coś zupełnie innego niż to, co dziś niektórzy z obrzydliwością nazywają polityką. A to nie powinno być obrzydliwe, a niestety tak jest postrzegane. Ludzie politykę utożsamiają z walką, próbą zniszczenia, a nie z rywalizacją.

 

Ale niekiedy tak to niestety wygląda.
Ma Pan niestety rację, niestety jest tak, że to co się dzieje centralnie, chcąc nie chcąc przenosi się także na niższe szczeble. To tłumaczy trochę naszą historię. Jak zastanawiam się, dlaczego zawsze tak było, że my tak od ściany do ściany, od euforii do totalnego załamania i depresji. Od wzlotów, po upadki. Może coś w tej naszej polskiej naturze jest, że my nie potrafimy wtedy, kiedy mamy sprzyjające warunki, próbować budować kapitał społeczny, łączyć ludzi. My się koniecznie musimy podzielić i to w sposób dla mnie totalnie głupi. W każdej opcji są tacy, z którymi chciałoby się być, chciałoby się słuchać, dzielić swoje poglądy i dyskutować, ale są też tacy, z którymi wolałbym się w swoim życiu nie spotkać.

Mateusz Majewski

WARTO ZOBACZYĆ

W minionym  tygodniu doszło do kilku zdarzeń drogowych na terenie powiatu węgrowskiego. Policjanci apelują o ostrożność i rozwagę na drodze. Do zdarzenia doszło 20 kwietnia na terenie Łochowa na [...]

W końcu można powiedzieć to oficjalnie: rusza budowa nowej strażnicy dla Państwowej Straży Pożarnej w Węgrowie!   12 kwietnia w świetlicy PSP w Węgrowie odbyło się oficjalne podpisanie umowy [...]

Samorząd Powiatu Węgrowskiego pozyskał 2,3 mln złotych na rozwój szkolnictwa zawodowego.   Unijne pieniądze pochodzą z projektu pn. „Zintegrowany rozwój szkolnictwa zawodowego”. Wedle [...]

Jak poinformowała Oficer Prasowa KPP w Węgrowie Marta Lewandowska W minionym tygodniu doszło do kilku zdarzeń drogowych na terenie powiatu węgrowskiego. Do zdarzenia doszło 10 kwietnia w [...]