09 - 02 - 2018

Gwizdek jest muzyką

Reklama 

 Do Polski przyjechał w 2002 roku i zadomowił się na stałe. Od dziecka był prawdziwym pasjonatem sztuki, a szczególnie podziwiał garncarstwo. Roman Kuzelyak opowiada o swojej prawdziwej miłości do gwizdków, cudzie w Katowicach i muzeum w Gwizdałach.

 

Czuje się pan artystą z prawdziwego zdarzenia?

Zdecydowanie tak – odpowiada Roman Kuzelyak. – Jestem artystą, czuję się z tym doskonale. Dla mnie jest to wielka frajda.

Ludzie też traktują pana jako artystę, czy raczej jako człowieka, który bawi się gliną?

Różnie jest. Na początku, kiedy spotykam się z różnymi ludźmi, niektórzy patrzą na mnie trochę z przymrużeniem oka. Kiedy jednak zaczynam im opowiadać, na czym dokładnie polega garncarstwo, pokazuję swoje dzieła, a kiedy są u mnie w pracowni, demonstruję, jak powstają konkretne rzeczy – wtedy zmieniają zdanie i zdecydowanie zaczynają podziwiać. Dopiero po dokładnym wytłumaczeniu rozumieją, kim jestem i zaczynają mnie szanować.

Skąd u pana się wzięła pasja do garncarstwa?

Dla mnie jest to sztuka artystyczna. Kiedy byłem małym chłopcem, tata zajmował się ceglarstwem, a później stolarstwem. Ojciec grał nawet na skrzypcach, które sam robił i po prostu przedłużyłem tradycje rodzinne. Tata zmarł bardzo szybko, ponieważ miałem dopiero pięć lat. Chciałem iść drogą, którą mi wyznaczył. Marzyłem, aby grać na skrzypcach, ale mama stwierdziła, że koszty nauki są bardzo duże i zrezygnowała z tego. Po jakimś czasie zobaczyłem, że mam talent do rysowania i malowania, co udowodniałem w konkursach szkolnych i tak zostałem artystą.

Kiedy glina pojawiła się w pana życiu?

Jako mały chłopiec wyprowadzałem krowy na pole, a na naszej działce było dużo gliny, ponieważ naprzeciwko była cegielnia. Widziałem, jak to wszystko wygląda, jak jest wypalane i jak to pięknie się prezentuje. Zostało mi to w głowie i po kilku latach stwierdziłem, że sam chcę być częścią garncarstwa i dalej kształcić się w tym kierunku.

Nie było problemów finansowych?

Oczywiście, że były.

Jak pan sobie z tym radził?

Różnie. Na przykład chodziłem na grzyby lub jagody i później sprzedawałem, aby podjąć naukę. Wszystko robiłem sam. Kiedyś nie było tak, jak teraz, kiedy dzieci mają podane wszystko na talerzu. Od początku wiedziałem, czego chcę. Do szkoły miałem siedem kilometrów, ale opuszczałem tylko pojedyncze dni. Chodziłem codziennie pieszo, ale nigdy mnie to nie odstraszyło.

Od początku pan czuł, że pańskie ręce są magiczne?

Dokładnie tak! Nigdy wcześniej tak tego nie ująłem, ale jest to świetne określenie – dziękuję za podpowiedź. Czułem, że dobrze sobie z tym radzę. Poszedłem do technikum, gdzie było osiem oddziałów. Trafiłem do klasy ceramicznej. Zacząłem działać bardzo twórczo. Szkoła to była nie tylko nauka, ale również liczne konkursy.

Wygrał pan coś?

Coś tam się udało. W konkursie „Złota Brama Wjazdowa do Kijowa” zająłem pierwsze miejsce, odbierałem nagrodę w stolicy. Na lata osiemdziesiąte to były bardzo duże pieniądze. Kiedy trafiłem do wojska, mama miała za co żyć. Zaangażowałem się w kaflarstwo, które było bardzo perspektywicznym zawodem na Ukrainie. W Polsce było zupełnie inaczej. Podjąłem pracę dyplomową w tym kierunku i od początku czułem, że będzie ona wielkim sukcesem.

I była sukcesem?

Byłem kierownikiem pięciu firm na Ukrainie, które się zajmowały kaflarstwem. Nie byłem właścicielem, ale to ja nimi kierowałem. Równocześnie pracowałem tam i w szkole wyższej, ponieważ skończyłem także pedagogikę.

Kiedy zaczyna pan tworzyć, ma pan w głowie wcześniej plan, czy raczej improwizacja?

Różnie. Kiedy przychodzi mi coś do głowy, to siadam, coś  narysuję i biorę się za wylepianie. Czasami przychodzi to bardzo spontanicznie i wtedy już nawet nic nie projektuję, a siadam do roboty. Pomysłów mam bardzo dużo, lubię swoją pracę i sprawia mi ona wielką przyjemność. Oczywiście, kiedy dostaję jakieś szczególne zamówienia, wtedy muszę wszystko zrobić tak, jak życzy sobie klient.

Zwrotów na razie nie było?

Do tej pory nie i mam nadzieję, że tak zostanie.

Miał pan w przeszłości swoich mistrzów?

Przygoda z garncarstwem i chyba z każdą sztuką zaczyna się od podziwiania kogoś wielkiego. W moich czasach młodości wzorem do naśladowania był Bachmicki. Był świetny w kaflach. Drugim mistrzem był Koszak. W Kołomyi  była polska szkoła garncarska, gdzie pchałem się rękami i nogami, aby tylko cokolwiek podpatrzeć. Szukałem w archiwach i bibliotekach, aby chociaż zaczerpnąć łyżeczkę wiedzy. Mam w planach otworzyć nowoczesną, ale jednocześnie zabytkową pracownię i kierować się projektami Bachmickiego i Koszaka.

Jak ta pracowania ma wyglądać?

Na pewno musi być bardzo multimedialna, aby młodzież, która przyjdzie była tym zainteresowana. Bachmicki i Koszak wykonywali prace dla cesarza Austrii, dla mnie to było coś niesamowitego.

A pana prace gdzieś trafiły?

Są moje dzieła w Ławrze Peczerskiej w Kijowie, w kilku muzeach i prywatnych kolekcjach.

Czyje to są kolekcje?

Trudno odpowiedzieć, ponieważ przewinęło mi się sporo osób. Byli ministrowie, biznesmeni, a nawet ludzie z zagranicy. Kilka moich prac zostało wykupionych do Toronto. Przyjeżdżali specjalnie po kafelki z Ameryki.

Dlaczego pan zdecydował się w 2002 roku emigrować do Polski?

Kiedy na Ukrainę przyjechał Polak, zaproponował wziąć udział w międzynarodowej wystawie klasycznej gwizdków, na której syn Oleksandr i córka Halina zajęli pierwsze miejsce. Ja mogłem odwiedzić razem z dziećmi Polskę i dostałem propozycję pracy w Opolu, gdzie mogłem pracować w szkole. Zostawiłem więc uczelnię na Ukrainie i wyjechałem do Polski. I tak się to ciągnie ponad piętnaście lat. Kilka lat pracowałem w Opolu w firmie na cegielni, a później dostałem propozycję prowadzenia Muzeum Gwizdka w Gwizdałach w gminie Łochów i się przeprowadziłem. Tu mieszkam do dzisiaj i chyba już tak zostanie.

Jak to wyglądało?

W zasadzie wszystko załatwiliśmy przez telefon. Nie wiedziałem, gdzie dokładnie jadę, jak to wszystko wygląda. Po prostu spakowałem się i przyjechałem.

Odważna decyzja.

To jest jedyne takie muzeum w Polsce, a kto wie, może i na świecie. Mamy bardzo bogate kolekcje. Miejscowość Gwizdały, jej korzenie, historia – to wszystko jest niesamowite i aż chce się tu pracować i dalej tworzyć. Jest to super gniazdo, aby dalej funkcjonować. Gwizdki są dla mnie jak muzyka, to coś pięknego. Ludzie odbierają gwizdki dla gwizdania, a dla mnie to jest pierwsza klawiatura muzycznego instrumentu.

Zanim jednak trafił pan na Gwizdały, przeżył pan niesamowitą historię w Katowicach. Może pan o tym opowiedzieć?

W Opolu pracowałem na cegielni. W międzyczasie robiłem upominki i  ceramikę dla firmy, w której pracowałem. Kiedy pojawiła się propozycja wyjazdu do Katowic na wystawę w 2006 roku, nie zastanawialiśmy się długo. Załadowaliśmy duży samochód i mieliśmy jechać.

Co stanęło na przeszkodzie?

Miałem przygotowane zamówienie dla jakiejś osoby, nawet nigdy jej nie widziałem na oczy. Wszedłem rano do pracowni, w której mieliśmy piec i wyjąłem glinianego gołębia, ale dzieło było popękane. Wyszło bardzo źle i poczułem się kiepsko, ponieważ mój szef na to czekał. Poszedłem do niego i powiedziałem, że gołębia nie ma, jest popękany i stwierdziłem, że jest to zły znak i nie powinniśmy tam jechać.

Co szef na to?

Wiem, że dzisiaj to dziwnie brzmi, że mogłem coś przeczuwać, ale naprawdę tak było. Nie oszukuję. Szef się wkurzył i przeszła mi nawet przez głowę myśl, aby nie jechać do Katowic, a zbierać się i wracać na Ukrainę. W moją stronę poleciały bardzo niemiłe słowa i byłem gotowy rzucić to wszystko. Nie miałem nic złego przecież na myśli. Podeszła do mnie jednak księgowa, która mnie uspokoiła i poprosiła, abyśmy pojechali do Katowic. Przyjechaliśmy do hali, szef kazał mi iść do organizatorów i zapytać, gdzie możemy się rozstawić. Spóźniliśmy się, to była moja wina i kazali nam stanąć pod samymi drzwiami.

No to chyba miejsce idealne?

Moim zdaniem też tak było, ale szef twierdził inaczej. Powiedział, że on z pracownikami posiedzi w samochodzie, a ja mam stać i sprzedawać gołębie. Znowu był krzyk, niemiłe słowa… Musiałem stanąć na mrozie, bez rękawiczek, szalika…

Straszne warunki.

Żebyś wiedział. Przyszedł do mnie człowiek z Holandii, który chciał… milion misek. Zdajesz sobie sprawę, ile to jest? Przecież to wagon ciężarówki! Szef na wszystko patrzył z samochodu, chwilę później, dokładnie o 17:15 wszystko runęło… Stałem akurat przy drzwiach i nic mi się nie stało.

Kilka minut wcześniej przechodziła też rodzina z dwójką synów.

To było coś strasznego. Jeden z synków zaczepił mamę, aby kupiła ojcu gwizdek ode mnie. Mama jednak zabrała dzieciaka za rękę i poszła z nim do taty, który na nich czekał. Drugi z chłopców schował się za mną i nie chciał z nimi iść. Oglądał dalej gwizdki…

I rodziców już więcej nie zobaczył.

Dokładnie tak. Nie wiedziałem dokładnie, co się stało. Był krzyk, przerażenie… Wiem z mediów, że mama, tata i jego brat zginęli. On jeden przeżył. Gołąb, którego wybrał sobie ten chłopiec jest u mnie w szczególnym miejscu w gablocie. Nie wiem dlaczego, ale kiedy on rzucił tym gwizdkiem, to gołębiowi odpadła główka, co też zdarza się niezwykle rzadko. Może go kiedyś spotkam, to oddam jego własność…

Czuł pan, że czuwa nad panem Opatrzność?

Oczywiście! Inaczej nie da się tego wytłumaczyć. To jest zbyt dużo zbiegów okoliczności.

Wróćmy jednak do pana sztuki. Dzieci i młodzież przychodzą do pana na warsztaty z garncarstwa?

Oczywiście, że tak. W trakcie obozów i kolonii, które są organizowane w okolicy, zawsze starają się mnie odwiedzić. Miałem u siebie ministrów, a nawet gości z Afryki Północnej. Teraz do muzeum wysłali gwizdek z Ameryki, który przypomina dźwięk pociągu.

Pociągu?

Tak. To kosztuje wiele pracy, aby dokładnie odzwierciedlić konkretny dźwięk. Najczęściej są to ptaki, ale i inne rzeczy też się zdarzają. W tym przypadku był to pociąg. Wrócę na chwilę jeszcze do muzeum. Chcę, aby w przyszłości powstał program, kiedy jednym kliknięciem będę mógł zmienić dźwięk gwizdka. Niech dzieci zobaczą, jak piękną melodię mają różne gatunki ptaków.

To jest realne?

Jak najbardziej! Chcę też, aby powstało miejsce dla ludzi, którzy sami będą mogli spróbować sił w garncarstwie. Jasne, oglądają wystawę, podziwiają, ale chciałbym, aby też sami coś stworzyli. Wiadomo, że od razu nie wyjdzie tak, jak sobie życzą, ale po kilku próbach będzie lepiej. Niech zobaczy, skąd pochodzi konkretny dźwięk, co trzeba zrobić, aby dany odgłos wydobyć.

W imprezach organizowanych na terenie gminy Łochów gwizdki od pana są często nagrodami. Jakie to uczucie, kiedy musi pan zrobić nagrody na eliminacje mistrzostw świata w unihokeju lub na mistrzostwa Polski cheerleaderek?

Przede wszystkim to dla mnie wielka duma, że władze Łochowa proszą mnie o nagrody. Trzeba sobie zdawać sobie sprawę, że kiedy dostaję informację o tym, że muszę wykonać na przykład tysiąc gwizdków, bo jest organizowana duża impreza, to od razu biorę się do roboty. Dla gminy Łochów i dla muzeum jest to olbrzymia promocja. Medale, puchary, nagrody rzeczowe – to wszystko w każdym miejscu w Polsce jest takie same. W Łochowie jest coś wyjątkowego – gliniane gwizdki i ludzie to zapamiętują. Turyści mają tu, co zwiedzić. Serdecznie zapraszamy!

 

Rozmawiał PAWEŁ GOŁASZEWSKI

Redakcja

WARTO ZOBACZYĆ

  Na terenie gminy Łochów w dalszym ciągu trwa dyskusja związana z przyszłością kluczowej inwestycji. W centrum Łochowa miał powstać tunel, a zamiast tego inwestorzy wybudują wiadukt.   [...]

Władze samorządowe dobrze ocenia 72 proc. badanych, a 19 proc. źle – wynika z najnowszego badania CBOS. 65 proc. badanych dobrze ocenia działalność prezydenta, a 26 proc. źle, 50 proc. [...]

Nauka się opłaca!

14.02.2018

O tym, że nauka się opłaca przekonali się uczniowie szkół ponadgimnazjalnych, którzy na początku lutego z rąk starosty Krzysztofa Fedorczyka odebrali spore stypendia.     Uczniowie z [...]

Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego informuje, że w związku z utrzymywaniem się podwyższonych stężeń zanieczyszczeń powietrza (PM 2,5) w województwie mazowieckim wydane zostało [...]

 Do Polski przyjechał w 2002 roku i zadomowił się na stałe. Od dziecka był prawdziwym pasjonatem sztuki, a szczególnie podziwiał garncarstwo. Roman Kuzelyak opowiada o swojej prawdziwej miłości [...]