22 - 11 - 2017

Pojechali autostopem do AFRYKI!

Reklama

Nieprawdopodobna pasja pochodzącego z Sadownego Michała Rowickiego i jego dziewczyny Edyty Balcerzak sprawiła, że macie szanse przeczytania równie niesamowitego wywiadu. W obszernej rozmowie nasz rozmówca zdradza tajemnice „Czarnego Lądu”, na którym podróżnicy spędzili dwa miesiące. O groźnych sytuacjach, o pięknej przyrodzie i początkach ryzykownej pasji opowiada nam Michał Rowicki.

 

 

Mateusz Majewski: Zanim przejdziemy do sedna, powiedz – kim jesteście i skąd w waszej głowie znajdują się tak szalone pomysły?

Michał „Hasan” Rowicki: Pochodzę z Sadownego, gdzie się wychowałem, skończyłem podstawówkę i gimnazjum. Później uciekłem do Siedlec do liceum, a edukację ukończyłem na warszawskiej polibudzie. Obecnie jestem programistą w jednej z warszawskich korporacji. Od dziecka fascynowało mnie odkrywanie świata. Pamiętam, że wówczas moja mama czytała „Pani Domu”, kiedy tylko dorwałem się do kolejnego numeru, to otwierałem go od końca, przerzucałem parę stron i tam znajdowałem artykuł podróżniczy a w marzeniach podróżowałem po całym świecie. Winny temu wszystkiemu był w dużej mierze mój ojciec chrzestny – Jan Rowicki, kiedy on zjadał zęby na dalekich wojażach, ja bałem się kupić bilety na wileńskim. Od tamtej pory wiele wody w Wiśle upłynęło, a moja pewność siebie zwiększyła się na tyle, że nie straszne mi łapanie autostopu nawet na chińskiej autostradzie. Kolejne destynacje, które wybieram do odwiedzenia mają przeróżne historie. Pewnego listopadowego wieczora obejrzałem film „Lewiatan” Andrieja Zwagincewa. Urzekła mnie w nim surowa i majestatyczna przyroda rosyjskiej tundry. Już w lipcu następnego roku znalazłem się w miejscowości Teribierka na brzegu Morza Barentsa w której ten film został nagrany. Źródłem tych pomysłów są książki, filmy jak i znajdowane spontanicznie cele rodzące się w towarzyskich rozmowach ze znajomymi z Polski i zagranicy.

 

Nie podróżujesz jednak sam.

Edyta to moja dziewczyna, pielęgniarka w jednym z warszawskich szpitali. Pierwsze szlify autostopowe przechodziła za dzieciaka ze swoją mamą, która brała ją na trasę. Myślę, że dzięki tak niecodziennemu widokowi (autostopowiczek: matki z dzieckiem), nigdy długo nie czekały… Chęć poznawania świata pojawiła się w jej głowie wraz z oglądaniem programów przyrodniczych.

 

Jak to się stało, że zaczęliście podróżować w tak egzotyczne miejsca? Od razu rzucałeś się na głęboką wodę, czy zaczynałeś od podróży „na stopa” w bliższe tereny?

Podkręcanie podróżniczej śruby było stopniowe. Zaczynało się od niewinnych wypadów weekendowych autostopem po Polsce (jeszcze za czasów studenckich, bo Edyta miała to za sobą dużo wcześniej). Dobrym celem był chociażby darmowy koncert Gorana Bregovića w Białymstoku. Później były krótkie wypady po Europie, pierwsze spanie w parku pod gołym niebem, czy noclegi na lotniskach. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że cała Europa jest do siebie bardzo podobna, aby nie powiedzieć, że monotonna. Architektura jest do siebie zbliżona, a wiadomo, że wszystko do czego się przyzwyczajamy nie robi na nas takiego wrażenia jak to, co nowe. Pewnie dlatego na swoim telefonie znajdziesz fotki z ostatnich wakacji a nie zdjęcia Twojego domu, podwórka, które mógłbyś pokazać napotkanym tubylcom. Tak więc pchany chęcią zobaczenia „nowego” uznałem, że przyszedł czas, aby opuścić Stary Kontynent.

fot. www.wyhasani.pl

fot. www.wyhasani.pl

Choć sam nigdy nie miałem okazji podróżować w ten sposób, domyślam się, że nieodłącznym elementem wyprawy autostopem jest przygoda. Za tobą tysiące kilometrów, setki ludzi, dziesiątki kultur. Na pewno w Twojej głowie kłębi się mnóstwo anegdot, a być może historii pełnych grozy. Co wspominasz szczególnie?

Praktycznie każdy wyjazd jest usiany niesamowitymi osobistościami, historiami, pięknymi i strasznymi. To jest coś pięknego, bo żyjesz swoim życiem w pełni na dobre i na złe, a nie przemyka Ci ono przez palce, kiedy skrolujesz wystylizowane życia innych osób na fejsbukach, Instagramach czy innych mediach. Wybranie jednej konkretnej historii jest niesłychanie karkołomnym zadaniem, ale spróbujmy!

Kiedy 2 lata temu podróżowałem stopem przez Gruzję, kierowałem się w stronę Abchazji w miasteczku Samtredia zatrzymał się tak, na oko sześćdziesięcioletni taksówkarz, jadący rozwalającym się żyguli. Od samego początku zacząłem tłumaczyć mu po rosyjsku, Panie, na mnie biznesu nie zrobisz, jestem stopikiem. Niestety facet nie dawał za wygraną mówiąc, że podwiezie mnie za darmo. Już po chwili kierowca zaczął pić ze mną ormiański koniak. Po drodze mój kierowca Giorgi pokazał mi gdzie mieszka oraz zapoznał mnie ze swoim synem, który także jest taksówkarzem. Zaopatrzyliśmy się w kolejną butelkę koniaku i okropną kiełbasę parówkową. Giorgi zapisał mi w notatniku swój adres i telefon z którego miałem skorzystać jeżeli potrzebowałbym jakiejkolwiek pomocy w Gruzji i pojechaliśmy na cmentarz. Tam wypiliśmy kielicha nad grobem jego żony i córki, które zginęły w wypadku samochodowym. Wsiedliśmy do auta i kierowca zapytał się, czy podobają mi się Gruzinki. Wiadomo w gościach należy chwalić gospodarzy więc przytaknąłem, na co usłyszałem „glawnoje sztoby chuj stajał” i poczułem mocne klepnięcie w udo! Zmieniłem czym prędzej temat, bo to zachowanie wzbudziło mój niepokój. Po chwili mój kierowca poszedł na całość, próbując coś wyjąć z szuflady, opuścił mój fotel, złapał mnie między nogi i zaczął zabierać się do całowania. Ja pomimo procentów miałem świadomość, że jedziemy około czterdzieści na godzinę i zaraz możemy skończyć na drzewie. Dlatego też powoli posadziłem go na siedzeniu i kazałem mu się zatrzymać. Uff… a podobno to tylko kobiety mają nieprzyjemne stopowe przygody!

Nie można jednak powiedzieć, że dalekie egzotyczne kraje są dużo niebezpieczniejsze od tego, co tuż za rogiem. Edyta miała jedną groźną sytuację tuż za rogatkami Warszawy, nomen omen z polskim, młodym, bogatym i przystojnym chłopakiem, który próbował ją napastować.

 

Zdarzały się inne niebezpieczne sytuacje?

Groźne sytuacje są nieodłącznym elementem autostopu. Wróćmy na Saharę, zabrali nas tam szmuglarze złota, którzy nie ukrywali swojej antypatii do rządów Maroka. W ciągu dnia omijanie patroli policji było nawet śmieszne. Zapadła noc. Na 20 kilometrów przed Al Dakhla nasz kierowca zgasił światła, zamontował na przodzie małą latarkę i ruszyliśmy w głąb pustyni, omijając główną drogę. Gdyby nas wtedy złapali, groziłaby nam w najlepszym wypadku deportacja albo marokańskie więzienie, nie mówiąc już o tym, że mogliśmy wylecieć w powietrze. To miejsce, jako ważny punkt zapalny w czasie wojny pomiędzy Marokiem a frontem Polisario walczącym o wolność Saharyjczyków zostało otoczone polami minowymi i przeróżnymi rowami uniemożliwiającymi nielegalny dostęp. Kiedy w końcu wysiedliśmy z auta byliśmy naprawdę szczęśliwi, że wciąż żyjemy.

fot. www.wyhasani.pl

fot. www.wyhasani.pl

Dosłownie chwilę temu wróciliście z kolejnej, imponującej podróży. Gdzie byliście tym razem?

Wiktor Suworow w „Lodołamaczu” wysnuł teorię, w której Stalin chciał, aby żołnierze radzieccy zamoczyli swoje buty w Oceanie Atlantyckim zamieniając tym samym Europę w ogromnego, czerwonego molocha. Analogicznie do Józefa Wisarionowicza postanowiliśmy zamoczyć nasze buty trochę dalej, bo w Zatoce Gwinejskiej po drodze odkrywając terra incognita. Jestem rusoświrem i uwielbiam tematykę wschodnią, Edyta bardziej pasjonowała się Bliskim Wschodem. Była to dla nas okazja wyjścia ze swoich ramek i odkrycia czarnego lądu zupełnie od podstaw.

Z Warszawy wyjechaliśmy 26. sierpnia. Wystarczyło nam osiem dni, aby dotrzeć do skały Gibraltarskiej, po kolejnych dwóch dniach znaleźliśmy się w Ceucie. Jest to jedno z dwóch hiszpańskich miast znajdujących się po afrykańskiej stronie kontynentu. Mogliśmy więc cieszyć się z „roam like at home”, a nad naszymi głowami powiewały flagi Unii Europejskiej. Już po chwili opuściliśmy tę eksklawę i odwiedziliśmy Królestwo Maroka.

 

Jak przyjął Was arabski świat?

Spotkanie ze światem arabskim było przerażające. Pierwsze targowanie się z taksówkarzem, który podał nam na starcie cenę w euro, a nie w dirhamach, oczywiście nas o tym nie informując zakończyło się oddaniem nam wszystkich pieniędzy, trzepnięciem drzwiami i ruszeniem z piskiem opon. Ilość ludzi wychodzących nocą na ulice sprawiała, że czuliśmy się niepewnie. Do tego dochodził ten kontrast z Hiszpanią, gdzie dziewczyny mają bardzo skąpe stroje i wiele „pokazują”, a tu wszyscy są omotani od stóp do głów. Z czasem jednak przyzwyczailiśmy się do tego widoku i świat arabski okazywał się niejednokrotnie bardzo nam przyjazny.
Podobnie było w Mauretanii, która według komunikatów naszego MSZ jest bardzo niebezpiecznym krajem. Czytaliśmy, że panuje tam prawo szariatu, nie można kupić papierosów i alkoholu, a kobiety muszą zakładać burki. Alkoholu nie kupimy, ale co do reszty to informacje mijają się z rzeczywistością. Ostatnie zamachy ISIS miały tam miejsce ponad pięć lat temu, a atak na turystów dziesięć. Nie ukrywamy, że baliśmy się tego państwa, dlatego spędziliśmy tam jedynie pięć dni. Z perspektywy czasu bardzo żałujemy, że podjęliśmy taką decyzję, gdyż Mauretania wywarła na nas dobre wrażenie. Ludzie byli otwarci i sympatyczni – w szczególności Arabowie, którzy stanowią około połowę populacji tego młodziutkiego państwa.

 

Kolejnym przystankiem był Senegal.

Do Senegalu jechaliśmy pełni optymizmu, ponieważ wielu Senegalczyków, których spotkaliśmy na naszej drodze, było bardzo inteligentnych i otwartych na dzisiejsze globalne społeczeństwo, ale już od początku zaczęło się co najmniej źle. Na granicy zostaliśmy okradzeni na ponad tysiąc złotych, a później zaczął się proces żebrania, ale nie takiego zwyczajnego. Często to było daj x franków, bez słowa proszę. Raz nawet podeszło do nas dziecko z maczetą i z nienawiścią w oczach zażądało od nas „larżont” (po fr. pieniądze). Odwrócony rasizm był nieodłącznym elementem naszej przeprawy przez to państwo. Bogatsi o te doświadczenia jesteśmy tym większymi przeciwnikami rasizmu u nas, ale też nie jesteśmy za dawaniem taryfy ulgowej imigrantom czy uchodźcom popartej poprawnością polityczną.

 

A najmniejsze państwo Afryki – Gambia?

Na początku zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. Wynikało to jednak z tego, że dużo lepiej posługujemy się językiem angielskim niż francuskim. Pozwalało nam to poznać lepiej tubylców. Cały czar jednak bardzo szybko prysł. Co chwila byliśmy zaczepiani przez „beach boyów”, którzy zapraszali nas na reggae party, palenie trawki itd. Według nas lepiej z takich propozycji nie korzystać. Czytaliśmy wiele historii o ludziach, którzy dali się ściągnąć na takie imprezy. W najlepszym wypadku byli okradani, a w najgorszym dochodziło do molestowania, a nawet gwałtów. Długo nie mogliśmy wyrobić sobie sposobu jak nie tracić dziennie ogromnej ilości czasu, który marnowaliśmy na przeprowadzanie dziesiątek nic niewnoszących rozmów. Wszystkie wyglądały dokładnie tak samo i zawsze chodziło o wyciągnięcie z nas pieniędzy. Na koniec okazało się, że najlepszym sposobem jest całkowite ignorowanie tych typków, nawet jeżeli dana osoba idzie za nami 100-200 metrów i zaczyna nas w różnoraki sposób obrażać, bo ostatecznie dają sobie spokój.
Później była już Gwinea, która urzekła nas swoją przyrodą. Do dzisiaj ogromne połacie suchych lasów równikowych nie zostały okiełznane przez człowieka. Pomaga temu brak infrastruktury drogowej w połączeniu z ciężkim podrównikowym klimatem. Wyobraźcie sobie 300 kilometrów drogi szutrowej nękanej kilkumiesięczną porą deszczową, po której powstają doły o metrowej głębokości. W porze deszczowej dojazd z Senegalu do stolicy Gwinei – Conakry jest niemożliwy, no chyba, że podróżujemy amfibią – drogi zamieniają się w rwące potoki. Do tego Gwinea jest pofałdowana przez wyżynę Futa Dżalon i inne góry, które sprawiają, że pejzaże jeszcze bardziej zapierają dech w piersiach.

 

Później odwiedziliście natomiast Wybrzeże Kości Słoniowej.

Wybrzeże Kości Słoniowej jest najlepiej rozwiniętym państwem tego kawałka Czarnej Afryki, który mieliśmy okazję zobaczyć. Swoje bogactwo buduje głównie na rolnictwie i wyniszczającej gospodarce leśnej. Iworyjczycy eksportują rocznie tyle drewna ile ośmiokrotnie większa Brazylia. Dzięki temu zamiast lasów z pięćdziesięciometrowymi drzewami spotkamy tutaj pola palm zasianych jedna obok drugiej jak od linijki. Co ciekawe był to najtańszy kraj czarnego lądu, który odwiedziliśmy.

Podsumowując Czarna Afryka, jest trudną destynacją dla podróżników. Spanie pod gołym niebem może zakończyć się wizytą nieproszonych gości z maczetami. Mentalność autochtonów działa na zasadzie: jesteś biały – to jesteś workiem pieniędzy z którego można uszczknąć dla siebie. Przyczyną tego jest postkolonialne poczucie winy w krajach zachodnich, które skutkuje bezmyślną pomocą Afryce. Winni temu są turyści, firmy organizujące wyjazdy w te miejsca, przeróżne organizacje charytatywne jak i wolontariusze tam jeżdżący. Od dziecka byliśmy uczeni o głodujących dzieciach na czarnym kontynencie, jednak po drodze rączki w naszym kierunku były wyciągane przez dzieci, które procentowo miały dużo więcej tkanki tłuszczowej od nas. Głodu w tych krajach nie widzieliśmy. Kolejnym wielkim problemem czarnego lądu jest postkolonialne uwikłanie gospodarcze z krajami matkami, które nadal wykorzystują surowce naturalne dzięki lukratywnym kontraktom. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej produkuje się ogromne ilości kakaowca. Worek ziaren sprzedaje się do szwajcarskiego koncernu Nestle za 10 złotych, a tabliczka czekolady u Iworczyków kosztuje 15-20 zł. To przykład standardowego podejścia zachodu do krajów trzeciego świata. Oczywiście nie usłyszymy o tym w mediach, które poruszają jedynie temat nierozsądnej pomocy tym terenom.

fot. wyhasani.pl

fot. wyhasani.pl

Zastanawiam się, co dla Was jest najpiękniejszego w tej formie spędzania czasu? Mówi się, że dla podróżnika z krwi i kości sensem podróży nie jest dotarcie do celu, a sama droga. Jak jest waszym przypadku? Co jest dla was w wyprawie jest najważniejsze?

Myślę, że najpiękniejsze jest to, że każdy dzień wypełniony jest spontanicznością po brzegi. Często wstając rano nie wiesz, gdzie będziesz spać kolejnej nocy, dokąd dojedziesz, kogo spotkasz. Sensem podróży jest dla nas próba zrozumienia otaczającego świata. Mimo, że nie jest to proste, próbujemy bardzo ostrożnie oceniać odwiedzane przez nas kraje. W takich wypadkach bierzemy wiele argumentów za i przeciw i szukamy przyczyny obecnego stanu rzeczy. Dzięki takiemu sposobowi podróży poznaliśmy osoby, które pokazały też inne, lepsze oblicze czarnej Afryki. Podróżując konwencjonalnie raczej nie mielibyśmy okazji ich poznania, bo zazwyczaj były to osoby pracujące, które nie spędzają wolnego czasu przy atrakcjach turystycznych.

 

Ile trwają Wasze wyprawy? Jak udaje Wam się godzić tę pasję z życiem zawodowym?

Bardzo się cieszę, że zadałeś to pytanie, bo to bardzo ważny aspekt naszych wojaży. W moim wypadku to już drugi sabbatical w życiu, w przypadku Edyty pierwszy, ale do rzeczy, co to sabbatical? Niestety to słowo nie ma polskiego tłumaczenia, ale jak nie trudno się domyślić etymologia prowadzi nas do hebrajskiego szabat. Pomysł sabbaticalu wziął źródło w szmicie, opisanej wielokrotnie w Starym Testamencie. Szmita miała być siódmym rokiem szabasowym w czasie którego zabraniało się uprawy roli. Obecnie na zachodzie sabbatical jest rozumiany jako długa przerwa od pracy trwająca zazwyczaj od dwóch miesięcy do roku, nie jest to tam coś egzotycznego, dla przykładu w Niemczech szacuje się, że około 30% osób pomiędzy dwudziestym, a czterdziestym rokiem życia zrobiło sobie kiedyś taką długą przerwę od pracy. Można ją wykorzystać różnorako, np. zająć się remontem domu, wyjazdem za granicę na szkołę językową, rozpocząć własny startup, czy jak ktoś woli otworzyć swój własny malutki biznes. Sky is the limit. Dla nas sabbatical to okazja do spełniania swoich podróżniczych marzeń. Na szczęście kultura pracy w Polsce powoli się zmienia, jest z tym związane malejące bezrobocie. Dzięki czemu łatwiej dogadać się z pracodawcą, że po tak długim urlopie wrócimy do pracy jak nowi, bardziej zmotywowani pracownicy. Dla przykładu, gdy w tamtym roku wróciłem z dwumiesięcznej wyprawy stopowej do Szanghaju, mój przełożony zauważył, że moja wydajność drastycznie wzrosła. Sam czułem się po trochu jak świeżak i chciałem się wykazać, do tego poczułem głód wiedzy. Dlatego też gorąco zachęcamy wszystkich, dla których taka długa przerwa od pracy może być sposobem na spełnienie innych niezawodowych marzeń. Spróbujcie namówić swojego przełożonego na sabbatical. Takie podejście stawiamy w kontraście do często promowanego w Polsce „rzuć wszystko i wyjedź w podróż dokoła świata”, które z naszej perspektywy jest bardzo niebezpieczne i może prowadzić do wielu patologicznych sytuacji, przykładem niech będą podróżnicy żebrzący na dalszą drogę o których słyszymy w mediach coraz częściej (z ang. begpackersi).

 

Jak zatem przygotowujecie się do takiej podróży? Macie jakieś konkretne metody, czy po prostu decydujecie – „dobra, bierzemy wolne i jutro ruszamy do Afryki”?

Przygotowania już nie są tak spontaniczne jak sama wyprawa. To długi proces. Od strony merytorycznej w pierwszej kolejności czytamy książki i reportaże. Na koniec przed samym wyjazdem otwieramy przewodniki. O ile destynacja tego od nas wymaga staramy uczyć się języka obcego, w ostatnim wyjeździe był to francuski. Od strony logistycznej korzystamy z całego zapasu metod planowania i retrospekcji wykorzystywanych w codziennej pracy programistów. Korzystamy z tablic Kanban, map myśli i arkuszów kalkulacyjnych. Niesamowite jest to, że te metodologie tak samo dobrze sprawdzają się w przygotowaniu do wyjazdów.

 

Jakie uczucie towarzyszy Wam podczas powrotu do Polski?

W tamtym roku podróżowaliśmy samotnie stopem po południowo wschodniej Azji, Edyta śmigała po Tajlandii, a ja zasuwałem po Chinach. Po powrocie Polska i Polacy wydawali nam się mega smutni, a przyroda depresyjna – w sam raz dopasowana do założenia jakiegoś smutnego zespołu metalowego. W tym roku powrót był zupełnie inny, poczuliśmy ulgę, że różne tropikalne choroby już nam nie grożą. Już nie musimy być ciągle czujni na wszelkie oszustwa czyhające z każdej strony. Nawet zmiana klimatu nie była dla nas specjalnie niczym strasznym w porównaniu z zeszłym rokiem. Widać organizm można przyzwyczaić do ciągłych zmian.

 

Pomimo tego, że ledwie wróciliście do kraju, domyślam się, że głowa już pełna kolejnych planów. Dokąd teraz planujecie się wybrać i kiedy?

W najbliższym czasie planujemy ostro przysiąść i dokończyć zaległe wpisy na blogu do którego czytania gorąco zapraszamy, znajdziecie nas pod adresem wyhasani.pl i na facebooku jako wyhasani. Później zobaczymy co zrobimy. Pewnie, jak połowa grupy autostopowej skorzystamy z tanich lotów do Izraela. Planujemy doszlifować francuski i odkuć się finansowo, Afryka zrobiła z nas bankrutów. Mamy w głowie jeden duży projekt na przyszłość, ale na razie nie chcemy zapeszać.

fot. www.wyhasani.pl

fot. www.wyhasani.pl

Kończąc, chciałbym poprosić Cię o jeszcze jakąś ciekawą historię, których w zanadrzu masz na pewno niemało. Co było najbardziej niesamowitego w waszej ostatniej wyprawie?

W czasie ostatniego naszego wypadu, bardzo ważnym miejscem na naszej trasie była Sahara Zachodnia, która jest de facto kolonią Maroka, a zarazem największą kolonią na świecie. Prawa człowieka są tam łamane non stop, a ONZ tylko przybija piąteczkę z marokańskimi królami. Spotkanie prawowitych mieszkańców tych ziem nie jest proste, bo obecnie stanowią jedynie 5% mieszkańców Sahary. Ogromna większość z nich mieszka w obozach uchodźców w Algierii. Za sympatię do idei wolnej Sahary można być bardzo szybko deportowanym. Dlatego też myśleliśmy,  że nie będziemy mieć szczęścia poznać choćby jednego z nich, a jednak się myliliśmy. Pierwszego Saharyjczyka poznaliśmy po tym, że odpalił w radiu zakazaną piosenkę Mariem Hassan, która była takim saharyjskim Jackiem Kaczmarskim. Warto dodać, że wcześniej zabrał nas z drogi i twierdził, że jest Marokańczykiem. Gdy zapytałem go czy to ta piosenkarka, ogromnie się wzruszył i przytulił mnie jak syna. Okazało się, że facet walczy o przestrzeganie praw człowieka i sam przesiedział ponad dwadzieścia lat w ukrytych marokańskich więzieniach. Ciężko nam sobie wyobrazić co może myśleć rodzina, gdy bliska osoba ginie na tak długi czas. Po tej nieprawdopodobnej sytuacji okazało się, że następnego dnia złapaliśmy innych Saharyjczyków, jeden z nich był rodziną Mohameda. Przypadek? Nie sądzę. Dzień wcześniej ten starszy Pan powiedział nam, abyśmy przygotowali tabliczkę z nazwą stolicy Sahary Zachodniej, a zatrzyma się nam lud Saharałi. Czasami naprawdę ciężko wierzyć w przypadki…

Mateusz Majewski

WARTO ZOBACZYĆ

Niesamowite! Zaledwie 17 dni mieszkańcy Węgrowa potrzebowali, aby nazbierać za pomocą aplikacji Endomondo 20 tys. kilometrów aktywności fizycznych. W nagrodę firma Hochland przekaże środki na [...]

Apelujemy do wszystkich mieszkańców Węgrowa o pomoc i włączenie się w zbiórkę pieniędzy dla chorego 14-letniego chłopca pochodzącego z Węgrowa.   – Za niespełna dwa miesiące Dominik [...]

Nieprawdopodobna pasja pochodzącego z Sadownego Michała Rowickiego i jego dziewczyny Edyty Balcerzak sprawiła, że macie szanse przeczytania równie niesamowitego wywiadu. W obszernej rozmowie nasz [...]