We wsi Tończa temat planowanej fermy brojlerów wywołał silne emocje. Na ogrodzeniach pojawiły się banery sprzeciwu, do urzędu trafiły pisemne protesty, a mieszkańcy otwarcie mówią, że mają dość kumulowania uciążliwych inwestycji w jednym miejscu. W ich ocenie po doświadczeniach związanych z funkcjonowaniem biogazowni kolejna duża instalacja przemysłowa to ryzyko, na które wieś nie powinna się godzić.
Obawy dotyczą przede wszystkim zapachów, wzmożonego transportu, emisji pyłów i amoniaku, a także wpływu na zdrowie i wartość nieruchomości. Mieszkańcy zwracają uwagę, że planowana inwestycja ma obejmować około 10 obiektów na obszarze blisko 4 hektarów. W ich przekonaniu to skala, która znacząco zmieni charakter okolicy. W dyskusji pojawia się również argument krajobrazowy – że wieś może zostać zdominowana przez zabudowę przemysłową, co zniechęci nowych mieszkańców i obniży atrakcyjność terenu do życia.
Sprzeciw nie ogranicza się wyłącznie do haseł. Do urzędu wpłynęły formalne protesty – jak informuje Wójt Gminy Liw Katarzyna Żelazowska, jest ich 26 – a mieszkańcy przygotowali również dokument określany jako „kontrraport”, w którym odnoszą się do raportu środowiskowego inwestora i wskazują konkretne wątpliwości. Te materiały stanowią dziś część postępowania administracyjnego.
W tej sytuacji pojawia się zasadnicze pytanie: gdzie w tym wszystkim jest gmina – pomiędzy oczekiwaniami inwestora, obawami mieszkańców i twardą procedurą?
– Gmina prowadzi postępowanie administracyjne. Musimy działać zgodnie z procedurą wydawania decyzji środowiskowej – podkreśla wójt. Postępowanie zostało wszczęte 30 października i – jak zaznacza – jest na wczesnym etapie. Do urzędu wpływają dokumenty zarówno od inwestora, jak i od protestujących mieszkańców.
– To wszystko stanowi materiał dowodowy w sprawie – mówi wójt Katarzyna Żelazowska.
Wójt zwraca uwagę na coś, co w debacie publicznej bywa upraszczane. Samorząd nie może „z marszu” zablokować inwestycji wyłącznie dlatego, że pojawia się opór społeczny.
– Gdyby wójt wydał decyzję z pominięciem procedury, naruszyłby prawo, a taka decyzja nie byłaby ważna. To nie jest kwestia „nie, bo nie” – tłumaczy wójt Żelazowska.
– Jeśli ktoś jest właścicielem terenu, w granicach obowiązującego prawa może inwestować na swojej działce. Cała procedura ma zweryfikować, czy w tym miejscu i przy tej skali przedsięwzięcia spełnione są wszystkie wymogi.
Kluczowa jest obecnie decyzja środowiskowa. Owszem, formalnie wydaje ją wójt, ale opiera się ona na uzgodnieniach i opiniach wyspecjalizowanych instytucji.
– Jest raport środowiskowy, jest kontrraport mieszkańców. Są w nim uwagi dosyć istotne, więc inwestor będzie musiał się do nich odnieść. Wysyłamy dokumenty do uzgodnień i opiniowania, zobaczymy, jaki będzie finał – mówi wójt.
Jednocześnie podkreśla, że udział mieszkańców ma realne znaczenie.
– Przy takiej inwestycji głos społeczny i argumenty mieszkańców są bardzo ważne. Bez tego głosu trudno byłoby ewentualnie uzasadnić decyzję – zaznacza. Sprzeciw musi jednak zostać przełożony na konkretne zagrożenia i obawy, które można odnieść do przepisów i norm środowiskowych.
– Nie da się powiedzieć: „nie, bo mieszkańcy nie chcą”. Ale „mieszkańcy nie chcą, bo…” – i wtedy musimy wiedzieć, jakie jest ryzyko i jakie są argumenty – wyjaśnia.
Czy w sytuacji pozytywnych uzgodnień zewnętrznych istnieje jeszcze możliwość odmowy?
– Tak, ale zawsze w granicach prawa. Inwestor ma prawo odwołania. Każda decyzja musi być poparta argumentami i musi dać się obronić – odpowiada wójt. W przypadku odwołania sprawę rozstrzyga organ wyższego stopnia.
W rozmowie pojawia się także wątek finansowy. Wójt zwraca uwagę, że w przypadku tego typu inwestycji – jako działów specjalnych produkcji rolnej – gmina nie uzyskuje znaczących dochodów podatkowych.
– Oprócz podatku rolnego wpływów dla gminy właściwie nie ma. Inaczej jest np. przy biogazowni, gdzie wiemy, jakie są dochody do budżetu – mówi. Jednocześnie wskazuje na kumulację uciążliwych funkcji w jednym rejonie. – Mieszkańcy zgłaszają problemy z funkcjonowaniem biogazowni. To byłby kolejny czynnik powodujący duże natężenie takich problemów w jednym miejscu – dodaje.
Procedura środowiskowa nie jest szybka.
– To może trwać rok. Absolutnie nie jest tak, że wniosek wpłynął i za chwilę zapadnie decyzja. To jest początek procesu, nie finał – podkreśla wójt.
Na horyzoncie jest jeszcze plan ogólny, który gmina musi uchwalić do końca czerwca.
– Projektant mówi, że termin jest bezpieczny. Plan jest przygotowany, po poprawkach będziemy go wysyłać do opiniowania, potem konsultacje z mieszkańcami i uchwalenie – zapowiada.
Jednocześnie wójt Katarzyna Żelazowska zaznacza, że chciałaby zakończyć ten proces wcześniej, aby w razie uwag wojewody mieć czas na korekty.Nowe regulacje już dziś mocno obciążają urzędy. Skala wniosków o warunki zabudowy w gminie znacząco wzrosła.
– Średnio mieliśmy rocznie 80–90 decyzji o warunkach zabudowy. Teraz to 400 parę, a może nawet bliżej 500 – mówi wójt. To przekłada się na czas procedowania, bo te same instytucje opiniują zarówno warunki zabudowy, jak i decyzje środowiskowe.
Sprawa fermy w Tończy dopiero się rozpoczyna. Emocje są silne, argumenty po obu stronach wyraźne. Mieszkańcy chcą zatrzymać inwestycję, którą uważają za zbyt dużą i ryzykowną dla swojego otoczenia. Gmina deklaruje, że przeprowadzi postępowanie bezstronnie i zgodnie z przepisami. A inwestor – mieszkaniec gminy Liw – zapowiada, że napotkany opór nie sprawia, że myśli o wycofaniu się z inwestycji. Ostateczny finał zależeć będzie od dokumentów, uzgodnień i tego, czy przedstawione argumenty okażą się wystarczające w świetle prawa.